Poradniki do gier

ja mam gruntownie cos przeciwko tlumaczeniu nazw miast. Powod prosty: komu w Polsce podoba sie, gdy slyszy nazwy typu: Breslau (Wroclaw), Kattowitz (Katowice), Oppeln (Opole), Stettin (Szczecin), Colberg (Kolobrzeg), Danizig (Gdańsk) itp., ale TU ma to całkowite uzasadnienie historyczne, a dam komuś 1mln$ jak mi udowodni, że Muenster należał kiedyś do państwa polskiego... (dla tych co niewiedzą: Niemcy używają niemieckich nazw miast tylko do tych miast które leżały kiedyś na terenie państwa niemieckiego, ewentualnie gdy zostały założone na prawie niemieckim, oraz dla KILKU stolic, n.in. dla Paryża i Moskwy. Oprócz tego jedynie doprowadzanie nazw do niemieckich pisowni (dla Chin, Japonii itp.)).
Nie dość to: wprowadzanie polskich nazw mocno utrudnia rozpoznawanie danych miejscowości, .np. jeden gościu mi opowiadał kiedyś, jak to ładnie jest w Bazylei, a ja nie miałem pojęcia gdzie to miasto leży, dopiero później mi wyjaśnił że to szwajcarskie Basel.

Nie wiem jak wy, ale ja uważam tłumaczenie wszystkiego co popadnie za najgorszą ceche polskiego języka :evil:



We Wrocławiu jest też ul. Piwna - jest to niewielka uliczka równoległa do ul. Szczytnickiej. Przed wojną nazywała się Laurentiusstr., zaś według spisu M. Friedricha w latach 1885-1906 funkcjonował przy niej Browar Parowy Juliusa Gunthera (Dampfbierbrauerei Julius Gunther). W tej chwili po zabudowaniach nie ma śladu, ale wydaje mi się, że coś musiało przetrwać do 1945 r. (może rozlewnia, może jakiś lokal), skąd bowiem pomysł, by nadawać ulicy około roku 1946-1948 nazwę Piwna?

Natomiast ul. Piwowarska znajdująca się dość daleko od centrum, bo na Praczach Odrzańskich, przed wojną nazywała się Am Bierstieg, co autor książki "Polsko-niemiecki spis ulic, placów i mostów Wrocławia" tłumaczy jako "Wąska droga koło browaru". Jest to bardzo ciekawa informacja, bowiem obecnie jest to raczej szczere pole, zaś może być to sygnał, iż mógł tam istnieć jakiś browar folwarczny lub coś podobnego; coś w każdym bądź razie musiało być na rzeczy, skoro przed wojną istniała taka, a nie inna nazwa.



No i stało się koniec testu


Nie napijemy się już piwa "Książęcego"

Piwowarzy warzyli w Lwówku Śląskim złocisty napój od ośmiuset lat. To był najstarszy browar w Polsce. Ale już nie kupimy w sklepach piw "Książęcego" czy "Dobrego Mocnego". Browar w Lwówku upadł - pisze "Słowo Polskie Gazeta Wrocławska".
REKLAMA
czytaj dalej...

[Intymna.pl]

Właśnie trwa procedura ogłoszenia bankructwa. Zarządca komisaryczny browaru Jerzy Lisocki sprawdza w tej chwili m.in. stan majątkowy i zadłużenie zakładu. Ostateczną decyzję w sprawie upadłości podejmie sąd. Z pracy zostanie zwolnionych ostatnich 20 pracowników.

"Produkcja została wstrzymana, ponieważ firma nie płaciła podatku akcyzowego" - tłumaczy Aleksandra Paprota, rzeczniczka prasowa Izby Celnej we Wrocławiu. Gazeta nieoficjalnie dowiedziała się, że browar z Lwówka zalega z zapłatą ok. 4 mln zł.

Firma ma długi także wobec gminy. I to mimo że magistrat w ciągu kilku lat umorzył browarowi ponad 500 tys. zł podatku od nieruchomości i rozłożył na raty prawie milion zaległości. Ale nawet taki gest nie pomógł uratować warzelni.

"Wielka szkoda, że browar, który pielęgnował lokalną tradycję warzenia piwa, przestanie istnieć" - mówi Andrzej Bossowski, który pasjonuje się historią Lwówka Śląskiego. Według niego, piwo tam warzone nie cieszyło się powodzeniem, bo mieszkańcy miasteczka nie lubili niemieckiego właściciela browaru.

Wolfgang Baurer, właściciel firmy, kilka miesięcy temu nawet apelował, by ludzie kupowali lokalne produkty, w tym piwo produkowane w grodzie lwa. Argumentował, że browar we Lwówku Śląskim nie ma szans na konkurowanie z wielkimi korporacjami piwnymi, które mają miliony na promocję i reklamę.

Niestety, apele te nie przyniosły skutku. "Książęce" i "Dobre Mocne" - mimo iż wielokrotnie nagradzane na ogólnopolskich konkursach piwowarskich - nie znikały ze sklepowych półek. I dlatego browar zbankrutował. A mógłby być atrakcją turystyczną miasteczka - pisze "Słowo Polskie Gazeta Wrocławska".




  witek wrote:

>>>>> "Willkommen in Breslau".
>>> wczytaj sie dokładnie jeszcze raz i zobacz GDZIE nas witają.
>>
>> Do mnie dotarlo :) Ale mysle, ze jak LOT laduje w Paryzu, to po polsku
>> nie leci: "Witamy w Paris", prawda? Ani w Nowym Jorku "Witamy w New
>> York"?
>
> Spodziewałem się takiego argumentu
> To jest troszkę coś innego.
> Paris, Paryż, New York, Nowy Jork, Warszawa, Warsaw, to są nazwy
> danego miasta w danym języku wynikające z tłumaczenia.

Nie ma czegoś takiego jak tłumaczenie nazwy własnej, a przynajmniej w
większości wypadków nie ma. O ile "New" to rzeczywiście jest "Nowy", o
tyle już "York" wcale nie ma wiele wspólnego z polskim "Jorkiem".
Tłumaczenia nazw miejscowości powstają raczej jako swobodne
przekształcenia nazw oryginalnych tak, by pasowały do wymowy, odmiany i
innych cech danego języka docelowego. Specem nie jestem, ale jestem za
to święcie przekonany, że np. w przypadku takiej nazwy jak "Dresden" -
po prostu polakom odwiedzającym to miasto łatwiej było to sobie w swoich
rozmowach przerobić na swojsko brzmiące "Drezno". Po pewnych czasie
forma się upowszechniła i stała dominującą. No i od tamtej pory Dresden
to po polsku Drezno, ale czy ta polska nazwa wynika z *tłumaczenia*?

Czasem owe przeróbki są kompletnie bez sensu, ale i tak się ich używa,
bo takie są i już. Choćby taka nazwa "Munchen" - "Monachium". Co to niby
znaczy "Monachium"? Możnaby się tu doszukiwać jakichś związków z
mnichami, ale dość odległych. Czesi przełożyli to sobie prosto jako
"Mnichowo", co ma o wiele więcej sensu... :-)

> Breslau nie jest tłumaczeniem nazwy Wrocław na język niemiecki.

W tym wypadku nazwa powstała w inny sposób niż opisany wyżej, ale czy to
aż taka wielka różnica? Faktem jest, że w jedynym języku to miasto się
dziś nazywa "Wrocław", a w drugim "Breslau". Obie nazwy są w swoich
językach w powszechnym użyciu i są rozumiane zupełnie jednoznacznie.
Przekład tekstu powinien więc to uwzględniać. :-)

--
MiCHA



Zapewne narażę sie Wam obojga lub większej ilości rzeszy ludzi - ale wybaczycie mi.

Panie Kuna - pisanie, że za zakrętem może wlec sie Tir i zmusi to do nagłego hamowania...to nie jest tłumaczenie. 130 na godzine. Na autostradzie obowiązuje min 60 na godzinie. Przeciętnie pojazd jedzie 80 na godzine na prawym - TIR maluch ( Tiry z reguły 100 ) - więc pozostaje panu różnica do wyhamowania z 50 na godzine czyli około 18 metrów. Poza tym nigdzie nie ma takich zakrętów gdzie nie dało by sie dostrzec pojazdu poprzedzającego. To tak na marginesie.
Policja miała racje. Odwołanie nic by nie pomoglo. Przepis mówi jasno i wyraźnie.

Odwołam sie do tego programu gdzie na A4 na Wrocław jechało BMW - Niemiec - przeciętnie miał 180 na godzine. Wyglądało to na slalom. Kierunek , myk wyprzedza lewym , kierunek myk i jest na prawym. I tak cały czas z większymi czy mniejszymi przerwami. To jest prawidłowa jazda.
W naszym kraju niestety człowiek ma wrażenie , ze jest w Anglii czy Australii gdzie obowiązuje ruch lewostronny. Do tego dochodzi nagminne zatykanie lewego pasa bo oczywiście jeżeli ktoś nim jedzie np 150 to stwierdzi, ze nie obowiązuje go lusterko wsteczne a że zyjemy w Polsce to są ludzie co mykają nawet i pod 200 i automatycznie Ci pierwsi zatykają ten pas.
Zapraszam do Niemiec - najbliżej. Prędkości dużo większe niż 160 , 3 pasy - dwa prawe zajęte a lewy służacy do wyprzedzania. Oczywiście podkreślam jeżeli nie ma korków.
Manewry bez kierunków przy zmianie pasa. I NIKT powtarzam NIKT nie naciśnie gazu aby czasem ten co chce zmienić pas nie zdążył bo wie, jakie mogą być tego konsekwencje.
Nie wspomnę o Tirach, gdzie jak by wjechał na lewy to by go zjedli żywcem.
Wiem , wiem - tam sa autostrady napiszecie ale u nas tez ich troche jest i jazda powyżej 140 stresuje czy jakiś głąb nie stwierdzi , że zacznie wyprzedzać wiedząc , ze to szczyt możliwości jego auta. Niejednokrotnie Polacy nie potrafią sie odnaleźćna drogach za granicą. Widac to w sezonie wakacyjnym jak jadą skrajnie prawymi pasami bo po prostu nie sa przyzwyczajeni do takich czy innych obyczajów na drogach panujących.

A co powiecie na to ?
Mianowicie jadąc do Wiednia od strony czeskiej granicy drogą dwukierunkową ale dosyć szeroką co kawałek mijamy tablice z napisami w języku polskim i czeskim przypominajace że należy poruszać sie prawa stroną jezdni a nie przy jej osi. Tam też nasi rodacy musieli dawać popisowe lekcje jazdy.

Kolejny przykład- DTŚ w Katowicach, tunel pod Rondem w Katowicach, 3pasmówka w Katowicach na Warszawe - dlaczego środkowym jada auta i to niejednokrotnie 70 / 80 na godzine ? A prawy wolny. W tunelu to już nie wspomnę. Tam sie dopiero dowartościowuja głąby nasze - na lewym potrafiąjechac tak jak nakazuje przepis 70 na godzine gdzie srodkowy jest prawie pusty a prawy wolny - bo to raz tak było ? I myślicie, ze zjedzie z niego ? Potrafi gestykulowac baran w samochodzie ale nie zjedzie.

Sa odstępstwa od tego - wyjątki które można spotkac na czterech pasach A4 - ale trzeba czytac poziome linie. Tam jest dopuszczalny ruch trzecim przez tiry czy wolniej poruszające sie auta bo to pas tranzytowy i jest oznaczony grubszą częściej powtarzająca sie linią. W innym przypadku obowiązuje ruch prawostronny.

Jest naprawde kilka krajów Europy po których jeździ się dobrze wręcz bardzo dobrze.Lecz jest ich mało. Wschód czy południe Europy - to pomyłka.
W naszym kraju nigdy nie będzie sie jeździło dobrze. Taka jest mentalność ludzi.
Kiedyś tez wspominałem może , nawet chyba tu na forum , że nie ma nic gorszego jak Polaka złapie Policja w Czechach. Ma pozamiatane. Ale to juz inny temat.